Klaudiusz Kobiela

To wszystko wydarzyło się naprawdę.

Ale czasami jest więcej takich "naprawdę", zupełnie różnych.
Starałem się wybrać wtedy wersję najbardziej rozpowszechnioną, nie najbardziej prawdopodobną, bo tego ocenić nie potrafię.
Dialogi nie są historycznie udokumentowane, ale kto pamięta dzisiaj co powiedział wczoraj?
Klaudiusz 

Sobota, 15.06.2013

Im noc jest krótsza, tym dzień wydaje się dłuższy, więc w przerwach między ciągnięciami za sznurki zmęczeni nocnymi hulankami i swawolami załoganci starają się zaszyć w jakiś przytulny kąt, gdzieś na zapiecku, na którym chętnie szary kot śpi, a za ciepłą ścianą nasze dwie myszy mieszkają.
Są w cockpicie tylko dwa takie ciepłe, osłonięte od wiatru kąty, można tam przytulić głowę do kabestanu i przykryć się linami. Ale to miejsca manewrowe, więc drzemka jest nerwowa, co chwila trzeba coś wybierać, albo luzować, albo przyglądać się żaglom.
Jest jeszcze pokład, bezpieczny, bo od dziobu do kuchennego luku mniej więcej można leżeć, śnić i udawać, że się tych wszystkich zakłócających spokój komend kapitana i kadry oficerskiej Ariona nie słyszy.

120 121
120, 121. Przytulne miejsce w cockpicie, albo bezpieczne daleko na pokładzie.

Na znakomitą okazję do drzemki i niesłyszenia komend pozwala również symulacja choroby morskiej, takiego delikwenta wszyscy zostawiają w spokoju. Niektórzy szczęśliwcy nawet nic nie muszą symulować. Ale nikt im nie zazdrości.
’Tu się nie ma czego wstydzić’ grzmi w takich przypadkach kapitan ‘To zupełnie normalne, że chorujemy. Każdy z nas to zna. Każdego, kto będzie sobie z tego kpiny robił, będziemy przeciągać pod kadłubem!’
Przeciąganie pod kadłubem żaglowca to ulubiona tradycyjna metoda karania marynarzy, za byle co, bo to wtedy były takie czasy, w brytyjskiej Royal Navy. Taką karę tylko niewielu marynarzy przeżyło.
Na pokładzie Ariona wiemy wszyscy, że groźby kapitan nigdy nie zrealizuje, nie mamy tak długiej liny. Ale wszyscy wiemy, czujemy, że kapitan ma rację, przynajmniej w tym przypadku. W innych niech rozsądzi Rada Rejsu.

Zaniepokojony sennością załogi kapitan postanawia nas rozruszać i zarządza siedzenie na bomie. Dobrowolne, ale obowiązkowe. Deleguje po kolei parę, może być małżeństwo, ale nie musi, wybrańcy mogą się lubieć, albo nawet kochać, ale nie muszą, ważne jest tylko, żeby sobie wzajemnie pomagali, bo inaczej będą siniaki i plastry i dobrze, jeśli tylko tyle. Wyznaczeni ochotnicy wdrapują się, mniej, czy bardziej zręcznie, żeby usiąść w końcu na grubym kołyszącym się w takt fal bomie, to ta pozioma biała belka, nad którą łopocze żagiel, nazywający się po polsku grot, logo, bo jest trójkątny jak grot strzały, a w innych popularnych językach nudnie „główny żagiel”.
Wybrańcy muszą trzymać się wiatru i muszą pokonać strach i muszą wyglądać na szczęśliwych, żeby dobrze wyglądało na zdjęciu. Na zdjęciu wygląda to trochę jak posłuszne kury siedzące na grzędzie, ale właściwie jest to bardzo cool. Nie każdy ma take zdjęcie, większość z nas w całym swoim życiu nigdy nie usiądzie na bomie. Będziemy sobie życzyć siedzenia na bomie dopiero w naszym drugim, tym szczęśliwszym życiu.

122 123
122, 123. Siedzenie na bomie: wybrańcy mają zaufanie do sternika.

Płyniemy dzisiaj na wyspę Ios, to jest około 35 mil drogi, przy dobrym wietrze, a taki mamy, lekko baksztagowy, łagodny meltemi z północy, więc to nie powinno być więcej niż 5 godzin żeglugi.

Płyniemy długo równolegle do Achilleasa, ktory przy spokojnej żegludze nie ma kłopotów z silnikiem. Zwłaszcza, kiedy płynie pod żaglami, a nie diesel-grotem, o co ich podejrzewamy, jak tylko są trochę szybsi od Ariona. No, ale to nie regaty, więc obojętne.

124 125
124, 125. Krzyczymy do siebie głośno, ale i tak trudno coś zrozumieć.

Wiatr nagle się kończy, niespodziewanie i bez ostrzeżenia. Morze gładkie jak stół, bezchmurne błekitne niebo, słońce prażące bezlitośnie na nasze blade jeszcze twarze i pozostałe części ciała. Dziewczyny wyciągają różne kremy do opalania, jedne takie, żeby skóra stała się szybciej brązowa, jak na spieczonym kurczaku z rożna, a inne odwrotnie, żeby skóra została biała, jak na kurczaku z zamrażarki. Ale wszystkie te kremy nazywają się podobnie.
'Jak pięknie' rozmarza się Jola przygotowując sobie legowisko w upatrzonym miejscu na pokładzie 'Nie ma tego głupiego wiatru i można spokojnie leżeć na pokładzie bez obawy, że się spadnie. Tylko ten żagiel zasłania mi słońce, nogi mi się nie opalą. Czy nie można czegoś z tym zrobić?'
'Zrzucamy szmaty, bo Joli się nogi nie opalą'  wydaje komendę kapitan. 'Mariusz do kabestanu grota, Maciek do masztu. Zrzucanie foka przejmuje Klaudiusz.'
Za chwilę przyjaznym pomrukiem wita się z nami nasz Yanmar.

Oczywiście wszyscy wiemy, że w decyzji o zrzuceniu żagli nie chodziło bynajmniej o nogi Joli, bo żeglarstwo jest absolutne i definitywne i nie toleruje błędów, więc zawsze robi się tylko to, co jest racjonalne, tak, żeby dotrzeć cało i możliwie jak najszybciej do wyznaczonego celu. Po zacumowaniu dziękujemy zwykle Posejdonowi pierwszym wzniesionym Mythosem toastem za szczęśliwe ocalenie.
Mimo to wyznaczamy komisję, która stan opalenizny nóg Joli sprawdzi i udokumentuje.

Za nami Achilleas robi to samo. Zrzuca żagle i od razu zostaje z tyłu.
'On chyba stoi' przypuszcza Maciek 'Chyba nie włączyli silnika.'
Potwierdza to za chwilę krótkofalówka głosem Zdzicha. 'Silnika nie da się uruchomić. Pomożecie?'
'Bierzemy ich na hol' decyduje kapitan 'Do Ios już niedaleko.'

Holowanie jachtu jest podobne do holowania samochodu, ale łatwiejsze. Nie ma pagórków, z których się zjeżdża i nie ma czerwonych świateł. Nie trzeba więc hamować, co wobec zupełnej nieobecności na jachcie żaglowym jakiegokolwiek hamulca jest bardzo praktyczne.
'Są za to wejścia do portu' uzupełnia Andrzej, a to na holu już inna historia, ale robiłem to już tyle razy... A potem trzeba zacumować jacht, jednostkę bez zdolności manewrowej. Ale w najgorszym razie będziemy się podciągać rękoma po innych jachtach.'

Ale na szczęście do tego nie dochodzi. Po pięciu minutach holowania budzi się do życia Volvo Pentax Achilleasa i radiotelegrafistka Monika melduje, że mogą płynąć dalej sami.
Rzucony do wody, niepotrzebny już hol zaczyna płynąć własnym stylem, wijąc się za nami jak węgorz na nartach, niby wolny, kręcąc swoje płynne christianie w pionie i w poziome, ale ciągle wiernie za nami bez możliwości na jakiś większy skok w bok. 'Jak w życiu' odzywa się jakiś zadumany męski głos 'Zawsze cię ktoś w życiu na smyczy trzyma'.
'Tak' mówię 'Ale jak tej smyczy nagle zabraknie często sobie z tą nową wolnością nie potrafimy poradzić.'
Wpatrujemy się nie wiadomo czemu w tę wijącą się za nami linę i rozmyślamy też nie wiadomo czemu nagle o życiu. Linę zesztukowaliśmy za pomocą naszych dwu najdłuższych cum, grubych, konopnych i połączyliśmy je dwiema zazębionymi księżniczkami, węzłami samozaciskującymi, które się przy naprężeniu nigdy nie rozwiążą.
Teraz wciągamy na pokład tę grubą, ciężką od wody linę i układamy na decku, tak, żeby na słońcu wyschła. Mokrych lin nie wolno nam chować do bakisty. Kapitan uważa, że mielibyśmy wtedy w bakiście syf.

126 127
126, 127. Płynięcie bez żagli na silniku jest może nudne, bez żagli i bez silnika już nie.

Właściwie nikt z nas za bardzo nie chciał na ten Ios płynąć, podobno są w Grecji atrakcyjniejsze wyspy, ale tak wypadło, Ios leży po drodze z Serifos do Santorini. A na Santorini płynąć musimy, wszyscy płyną na Santorini.
Więc dlatego płyniemy na Ios.

128 129
128, 129. Do Ios wpływamy romantycznie, w pełni zachodzącego słońca.

Port w Ios, w miejscu, które nazywa się Yialos okazuje się przestronny i bez trudu znajdujemy miejsce dla naszych czterech jachtów. Nad portem na skalistej i rzadko zielonej górze króluje majestatyczna, lśniącobiała Chora. Wydaje się, że jest niedaleko, może tak ze dwa kilometry od portu, ale my wiemy, że to złudzenie, bo Chora jest przecież w innym, dalekim od naszego świecie.

 130
130*. Chora na Ios i w samo południe jest w innym świecie, tam gdzie inne miejsca mogą być, jeśli w ogóle, tylko w nocy.

Po zacumowaniu i komendzie „Tak stoimy” następują następne obowiązkowe pytania, zawsze te same: czy jest prąd, woda i czy są toalety. Prąd, żeby można było załączyć wreszcie lodówkę i schłodzić tego niecierpliwego Absoluta, woda, żeby nasze panie i kapitan mogli wziąć prysznic nie opuszczając zacisznego jachtu, a toalety, bo te są na naszym zacisznym jachcie nie za bardzo wygodne i trzeba się trochę wtedy gimnastykować.
Prąd i woda w Yialos o dziwo nawet jest, ale toalet nie ma. Podobno są w kapitanacie, na drugim końcu portu, w dużym żółtym budynku. W tym budynku musimy też uiścić opłatę za pobyt w porcie.

131 132
131*. Tą drogą dochodzi się z portu do żółtego budynku,
w którym jest kapitanat i toalety, tzn. właściwie ich nie ma.
132*. Ios by night tętni życiem: jest chętny sex, muzyka na każdym kroku (nie tylko rock'n roll) i narkotyki w zaciszu zaułka. Ale jest też i tysiąc knajp.

Panie w kapitanacie są bardzo uprzejme. Opłatę portową udaje nam się bez kłopotu zapłacić, eurogotówką. Z toaletami jest gorzej, to znaczy jednak nie ma. Ale można wynająć prywatną łazienkę, za 40 euro, dostaje się klucz i toaleta jest nasza, na całą dobę.

Wracamy uskrzydleni taką wiadomością na jacht. Po drodze opracowujemy business plan, jaką stawkę za pojedyncze skorzystania z pokoju-toalety wyznaczyć, żeby wkrótce zostać milionerami, oraz harmonogram korzystania z tego pokoju-toalety, dla naszych czterech jachtów, czyli 32 osób. Prawdopodobnie trzeba będzie wyznaczyć limity czasowe, na przykład dwie minuty na skorzystanie z lazienki, jednej na 32 osoby. Osobnym punktem do zdecydowania jest metoda zdeponowanie klucza do toalety, tak, żeby każdy z naszej małej, ale mimo wszystko 32-osobowej społeczności miał do toalety dostęp i żeby każdy użytkownik wiedział, gdzie jest klucz, albo dlaczego go nie ma.
Być może trzeba będzie wyznaczyć dyżurnego, który będzie przydzielał i odbierał klucz, w kolejności zależnej od potrzeb.
’Taki dyżurny’ mówi po chwili głębokiego zastanowienia Maciek ‘nazywa sią normalnie chyba babcia klozetowa?’

Po powrocie na jacht przekonujemy się, że nasz bussines plan i w kręgu bezpośrednio zainteresowanych klientów specjalnegu entuzjazmu nie budzi.
’To jak wyście to wykombinowali’ pyta Tomek z Hellenic Sky ‘ja tu, na jachcie mam dwie toalety, czyli na cztery osoby jedną. Czyli ktoś zajmuje toaletę, po coś tam i czekają trzy inne osoby w kolejce. I ja mam zamiast tego pedałować pół kilometra, żeby czekać w kolejce, gdzie jedna osoba jest w toalecie, po coś tam, a pozostałe 31 osób przebiera nogami w kolejce? I jeszcze mam wam za to płacić, 2 euro za każdym razem?’

‘Nie, to nie tak’ bronię z zapałem naszego pomysłu, ‘te 2 euro to opłata jednorazowa, taki abonament. Płacisz raz, a korzystasz stale, nieograniczoną ilość razy’ maluję butem na betonie znak nieskończoności, infinity.
’Infinity do dzisiaj wieczór? Przecież jutro rano wypływamy?’

Gwoździem programu naszego dzisiejszego wieczoru na wyspie Ios nie będą więc toalety.
Będzie nim za to muzyka, wspaniała grecka lokalna, muzyka, muzyka niespokojnych i gniewnych, muzyka starożytnych Greków, tych z homerowsko-odyseuszowskich czasów i tych późniejszych, anatolijskich przesiąkniętych atmosferą ottomańskich kafejek.

133 134
133*, 134*. Największy rozkwit "rebetiko" nastąpił w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku.

Gniewna muzyka rebetico, czyli muzyka rewolucyjna, synteza muzykalnego narodu, dojrzewająca przez stulecia. Były czasy, kiedy tę muzykę zakazywano, w latach trzydziestych dwudziestego wieku, były to rządy militarnych dyktatorów, generała Metaxasa, który bał się wichrzycielskiego charakteru rebetiko, mogącego poderwać tłumy do oporu przeciwko wojskowej dyktaturze. Generał wiedział widocznie, że najsilniejszym narkotykiem dla człowieka jest muzyka, nie żadna tam heroina, czy crystal meth. Wystarczy muzyka, żeby przeprowadzić człowieka w inny stan świadomości. Jeśli ta muzyka jest grana w kafejkach, w palarniach haszyszu, na rogach ulic, w więzieniach, wszędzie, może to być niebezpieczne dla systemu, który jak każdy system władzy dąży zawsze do opanowania umysłu ludzi, do panowania nad sposobem myślenia możliwie największej części własnego społeczeństwa.

Jako typowy instrument rebetico wykształciła się, mniej więcej od połowy XIX wieku bouzouki instrument pdobny do gitary, ale jeszcze bardziej do mandoliny i posiadający w wersji trichordo trzy pary strun, a wersji tetrachordo cztery.
Bouzoki nie jest łatwym instrumentem, bo trzeba grać na nim szybciej, niż na każdym innym instrumencie szarpanym, wirtuozi muszą codziennie ćwiczyć. Jak tego nie robią, mogą wkrótce tylko myć talerze w tawernie.

135 136
135*, 136*. Bouzouki tetrachordo, instrument, bez którego nie ma tradycyjnej greckiej muzyki, która w części jest też turecka. Słowo "bouzouki" jest też tureckie.

Ktoś, z któregoś z naszych jachtów dowiedział się, że właśnie dziesiejszego wieczoru na właśnie takiej bouzuki grać będą miejscowi wirtuozi. To takie typowe koncerty, spontaniczne, w którejś z licznych restauracyjek przy promenadzie portowej. Wirtuozi siedzą przy stoliku i grają, i cieszą się, że grają, a goście siedzą przy innych stolikach, piją, jedzą i też cieszą się, że lokalni wirtuozi grają.
Ten ktoś zarezerwował też w tej kafejce dla nas wszystkich miejsca, ale trzeba być wcześniej, bo z takimi rezerwacjami na wyspie Ios to najczęściej nigdy nic nie wiadomo.

Idziemy więc całą gromadą do tej nieznanej nam restauracyjki, zatrzymamy się w tej, gdzie grają już lokalni wirtuozi. To proste.
Nikt z nas, oprócz oczywiście muzycznie doświadczonego kapitana, takiej bouzuki nigdy nie widział i nie słyszał. Mnie, i nie tylko mnie kojarzy się ta nazwa tylko z bazooką, przydatnym instrumentem do wykonywania śmiałych ataków terrorystycznych na samolot przewożący zmęczonego prezydenta, albo zestresowanych żołnierzy i zostania w ten sposób bohaterem, a jak dobrze pójdzie, to znaczy jeśli bohater przy wykonywaniu bohaterskiego aktu sam zginie, nawet męczennikiem. Mimo, że właściwie nikt go nie męczył, a zginąć sam chciał.
Aktualnie popularna definicja męczennika jest więc mało logiczna.

137
137. Lokal, do którego postanowiliśmy wejść był bez nas pusty, potem każdy chciał dokładnie tam słuchać bouzouki i pić tanie greckie wino.

Wchodzimy do małego lokalu, w którym Jacek i pozostali załoganci Atlantisa gorączkowo przestawiają stoły i krzesła, tak żeby przygotować miejsca dla wszystkich naszych 32 żeglarzy. Przeszkadza im w tym, niestety dość skutecznie kelner, broniąc swoich drewnianych i pomalowanych na biało krzeseł, bo należą jakoby do innych stolików.

’Ja przecież mam też innych gości’ tłumaczy wyrywając Jackowi z ręki następne krzesło i ustawiając je przy stoliku gdzie siedzi jakaś para, która wyraźnie trzeciego krzesła nie potrzebuje, parom z reguły wystarczają dwa krzesła, a czasami nawet jedno. Jacek udaje pokonanego, odwraca się i z drugiego kąta sali porywa następne krzesło. Kelner nie może teraz za nim gonić, bo na dużym talerzu niesie kurczaka i frytki, więc w końcu macha ręką, bo widzi, że przed polskimi żeglarzami swoich krzeseł i tak nie upilnuje.

138 139
138, 139. Każdy pilnuje swojego ciężko upolowanego krzesła.

Tymczasem ciągle spływają do lokalu następne załogi naszych jachtów, jest w komplecie Atlantis i Arion, jest Tomek z załogą Hellenic Sky i w końcu nadchodzi też w pełnym komplecie Achilleas. Robi się spory zgiełk i ciągle ścieśniamy się i przesuwamy nasze białe krzesła tak, żeby wszyscy się zmieścili. Chcąc nie chcąc przesuwa się solidarnie także nasz kapitan, któremu w wyniku tego przesuwania dostaje się zamiast upatrzonego idealnego miejsca do wchłaniania muzyki tylko miejsce za filarem, to znaczy zamiast bouzuki i muzyków pijących rakiję widzi tylko betonowy, pomalowany olejną farbą słup.

Akurat jemu, prawdopodobnie jedynemu z nas, którego ta bouzuki naprawdę fascynuje, bardziej niż ryba, czy kotlet, które pojawią się za chwilę na naszych talerzach.
Widzimy, jak kapitanowe oblicze posępnieje, na szczęście burzy zapobiega na czas Maciek znajdując miejsce dla siebie i kapitana bezpośrednio przy stoliku wirtuozów. Tam ścieśniają się nie muzycy, którzy muszą jednak mieć trochę miejsca na swoje bouzuki, lecz Amerykanie, którzy siedzą przy tym stoliku na wyspie Ios, tak jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

140 141
140, 141. Nie trzeba siedzieć przy kapitańskim stoliku, żeby się przy bouzouki dobrze bawić.

John, sympatyczny i mocno łysawy przyjechał tu z żoną z Ohio. Nie przypadkiem, ale dlatego, że był tu już kiedyś, w burzliwych latach siedemdziesiątych, kiedy wolno było nie wstydzić się wolnej miłości, na ulicach rozkwitały dzieci-kwiaty, a John nosił długie włosy i nie myślał, że kiedyś będzie miał dwójkę dorosłych dzieci, a nawet żonę, a za to nie będzie miał włosów. Teraz John nie jest już hippisem, bo trudno być hippisem bez włosów, a być może i z innych powodów.

142
142*. W latach siedemdziesiątych hippisi chętnie odwiedzali Ios. Podobnie jak ci wyglądał wtedy młody John.

Więc słuchamy zafascynowani, Grecy, Amerykanie i Polacy w małej knajpie na wyspie Ios rebetiko, które ma również pewien prawie polski aspekt.
Muzykę zaczęto utrwalać, w wieku fonografii, w połowie lat dwudziestych w Ameryce, potem trafiło rebetiko do swojej greckiej ojczyzny, gdzie zaczęto i oryginalnych greckich artystów nagrywać.

Pierwsze, prymitywne nagrania rebetiko wykonano jednak znacznie wcześniej w Görlitz, to znaczy prawie w Polsce, niedaleko Zgorzelca, który w tym czasie zupełnie nie był polski i nie nazywał się Zgorzelec. Ale nie szkodzi.
To było w latach 1916-1919, a nagrań dokonało trzech greckich artystów, którzy jako żołnierze, jeńcy internowani przez Niemców mieli w obozie prawdopodobnie dużo wolnego czasu na zajmowanie się muzyką. I o dziwo mieli dostęp do niemieckiej technologii fonograficznej, mimo, że walczyli w czasie pierwszej wojny światowej po stronie aliantów.

Grecy musieli, muszą zawsze po stronie aliantów walczyć, po stronie Anglii, Francji, czy Rosji. Dzięki interwencji tych państw, w latach 1829-1831 Grecja uwolniła się z okowów ottomańskiej niewoli.

143 144
143*. Jednym z najbardziej znanych wirtuozów kompozytorów bouzouki był Vasilis Tsitsanis. 144*. Dzisiaj rebetiko nikt nie zakazuje; i wykonuje się ją też w salach koncertowych.

Koncert nabiera tempa, a bouzuki produkuje tony, w których zawarte jest wszystko, czym żyje od pokoleń ten naród, od smutku do radości, od melancholii do energicznego optymizmu. Spontanicznie podrywają się od stolików dziewczyny, nie nasze, jakieś greckie chyba, jedna w beżowych spodniach i białym t-shircie, druga w czerwonej płonącej spódnicy i w środku tej całej ciżby zaczynają tańczyć i stukać swoimi wysokimi obcasami w kamienną podłogę i cieszyć się sobą i muzyką i nami, którzy tak pilnie słuchają i dziewczyny jakoś mają na to wszystko dość miejsca, mimo, że miejsca nie ma w ogóle. I nawet koty robią im miejsce, dwa rude koty, błąkające się wcześniej między stolikami, teraz siedzą grzecznie pod naszym stołem, nie oczarowane bouzuki, lecz raczej w obawie, żeby którymś obcasem w futrzany łeb przypadkiem nie dostać.

145 146
145, 146. Bouzouki wyzwala pierwotne instynkty: dziewczyny tańczą, żeglarze siedzą, a koty się dziwią.

I my tańczymy z nimi, z naszymi greckimi dziewczynami, chociaż nie tańczymy w ogóle, wszystko wiruje, tętni i pulsuje tą muzyką, którą to bouzuki wyczarowuje rękami i wolą artysty w pomarańczowych spodniach, który w tym całym szale zdaje się nie brać udziału w ogóle, jest cool, bo każdy muzyk jest cool, jest spokojny i skoncentrowany i manipuluje nami, jak dompteur w cyrku, który ciągnie za sznurki wprawiając w ruch skaczące przez płonące obręcze papierowe tygrysy.

147 148
147. Naszym wirtuozom postawiliśmy uzo, wina nie chcieli, bo widocznie je znają. 148. One tak tańczą każdego wieczoru, 7x7. Jeżeli jest muzyka. Bo muzyka zmienia wszystko.

I na Ios są wieczory długie, noce krótkie, a poranki beznadziejnie trzeźwe. Jak sprawić, żeby czar nocy trwał ciągle? Ale radosne greckie słońce rozwiewa mistykę nocy, jak poranną mgłę. Gwiżdżący czajnik i na twardo zmarznięte masło nie sprzyjają muzycznym uniesieniom.

c.d.n.


Źródła:
Wszystkie zdjęcia bez gwiazdek to nasze własne zdjęcia, ze zbiorów Krzysztofa Gackiewicza, Jacka Simona, Maryli i Krzysztofa Migdał, Izabelli i Krzysztofa Stańczyk oraz Jolanty i Klaudiusza Kobiela.

Zewnętrzne żródła:
130. pommietravels.com
131. greekbackpack.com
132. englishgreece.blogspot.com
133. greeksongs-greekmusic.com
134. forbiddenplanet.co.uk
135. greeksongs-greekmusic.com
136. greeksongs-greekmusic.com
142. en.wikipedia.org
143. greeksongs-greekmusic.com
144. greeksongs-greekmusic.com

 

 
Prawdziwa Przygoda by Marek and Jacek
Design by : Place your Website.