Klaudiusz Kobiela

To wszystko wydarzyło się naprawdę.

Ale czasami jest więcej takich "naprawdę", zupełnie różnych.
Starałem się wybrać wtedy wersję najbardziej rozpowszechnioną, nie najbardziej prawdopodobną, bo tego ocenić nie potrafię.
Dialogi nie są historycznie udokumentowane, ale kto pamięta dzisiaj co powiedział wczoraj?
Klaudiusz 


Piątek, 14.06.2013

Kythnos to wyspa, którą wybrali sobie greccy bogowie, jako uzdrowisko, do spędzania wakacji w gorących miesiącach, kiedy w stołecznych Atenach jest nie do wytrzymania, ulice, a nawet Akropolis pełne są wtedy smogu, produkowanego przez setki tysięcy samochodów niezbędnych do funkcjonowania wielomilionowego miasta. Otoczona górami kotlina, w której Ateny są ulokowane nie pozwala wiatrowi na szybkie przepędzenie smogu, więc pozostaje on w Atenach przez wiele dni.
Bogowie nie lubią smogu i mogliby z tym zrobić porządek, gdyby chcieli. Mogliby smog zakazać, albo wiatrowi dodać otuchy, albo Ateny przenieść gdzie indziej. Albo, gdyby inne środki zawiodły, zesłać z nieba na grzeszne miasto siarkę i ogień i tak rozwiąząć problem.
Ale bogom się nie chce w takie projekty inwestować. Zamiast tego, znacznie taniej, kazali sobie wybudować, a może po prostu sami sobie wyczarowali na Kythnos gorące żródła.
W wodzie o temperaturze do 50°C mogą sobie teraz moczyć zmęczone rządzeniem i nadgodzinami kości i gawędzić o boginiach i o swoich sekretarkach.

53 54
53, 54. Loutra: w drodze na plażę, którą wybrali sobie bogowie.

Gorąca woda o lekkiej siarkowej woni płynie z ukrytego gdzieś w środku lądu tajnego źródła betonowym, zrudziałym od zawartych minerałów kanałem do dwóch betonowych kręgów, takich jakie stosuje się do budowy studzienek do odprowadzania ścieków do oczyszczalni. W tych kręgach siedzą potem żądni kąpieli turyści i zachwycają się, że woda jest tak gorąca, że siadając poparzyli sobie tyłki. Ale po chwili przyzwyczajają się i siedzą zachwyceni w tym betonowym whirlpoolu, darze dobrych bogów.

55. Siedzącym w betonowych kręgach śmiertelnikom przyglądają się zza firanek bogowie. 56. Ciepła rzeka jest skanalizowana

Dobrzy bogowie nie leczą sobie reumatyzmu w betonowym kręgu. Kazali sobie wybudować niedaleko mały biały pawilon kąpielowy, który chroni ich od spojrzeń ciekawskich śmiertelnych, gatunku, który kiedyś, bardzo dawno temu nauczył się sam stwarzać życie, ale do tej pory nie potrafił opanować śmierci. Nie mogą się więc równać z bogami i dlatego muszą dalej siedzieć w kręgu z prefabrykowanego betonu. Morze, do którego wpływa zużyta przez bogów woda jest wyraźnie cieplejsze niż gdzie indziej, ale sparzyć się falą już nie można. W morzu kąpią się demokratycznie wszyscy, nawet jeśli bogów gołym okiem nie zauważamy. Ale wiemy, że tam są i obserwują nas bacznym, krytycznym wzrokiem. Bogowie są wszędzie.

57 58
57, 58* Na te atrakcje Loutry zabrakło nam już czasu, na jachcie czekał kapitan, który nie lubi kąpieli w betonowych kręgach

Po pośpiesznym powrocie z boskich źródeł należy się zabrać do bardziej praktycznych czynności, czyli do sklarowania jachtu przed wypłynięciem. Na pokładzie wszystko musi być przygotowane do chyżego rzucenia cum i późniejszego sprawnego postawienia arionowych żagli, najlepiej tak, żeby niczyja noga się w skłębione na grettingu liny nie zaplątała. A pod pokładem musi być wszystko umyte i pochowane, albo zjedzone, drzwiczki, luki i bulaje zamknięte, nawet jeśli jest gorąco i duszno. Ulubioną pozycją jachtu żaglowego jest bowiem przechył, rozbijające się na dziobie fale zsyłają spienioną wodę na pokład, która opływa wszystkie zakamarki, sprawdza każdą możliwą szczelinę i otwór, po to, żeby spłynąć gniewnie, rozczarowana, że niczego nie udało się znaleźć po rufie i spotkać się z podążającym wiernie za jachtem spienionym kilwaterem.

 
59. Arion nudzi się w Loutra i chciałby wreszcie wyjść w morze.

Płyniemy dzisiaj na Serifos, wyspę odległą o tylko 35 mil, którą polecili nam nasi Austriacy, podobno jest tam ładnie, no ale gdzie w Grecji jest brzydko, a poza tym porty mają być nie przepełnione, można i dla czterech jachtów znaleźć wygodne miejsca, zaraz obok tawerny, tak, żeby trapem rano mógł przejść kelner i załodze elegancką kawę, a kapitanowi zimne piwo podać. Ale nieważne piwo, ważni jesteśmy my, załogi czterech braterskich jachtow, zmęczone wczorajszym ponad 50-milowym przebiegiem. Łaskawy dzisiaj kapitan chce nam następnego dnia długiej żeglugi oszczędzić i nikt nie protestuje.

61
60, 64. Arion płynie na Serifos.

o a poza tym na Serifos trzeba płynąć, bo Serifos jest wyspą o bogatej przeszłości. Odwiedził ją, już dość dawno temu także Odyseusz, w swojej długiej podróży do domu, do Itaki. Wylądował niedaleko Livadi, gdzie zaskoczył go cyklop Polyphemus, mieszkający w komunie razem z innymi cyklopami w niedalekich pieczarach. Te pieczary można zwiedzać i dzisiaj, wszyscy turyści szukają cyklopów, ale ich tam już nie ma, widocznie przeprowadzili się gdzie indziej. Jest tam za to mnóstwo śmieci, co świadczy o zasłużonym zwycięstwie nowoczesnego konsumpcyjnego społeczeństwa nad wstrętnymi mitycznymi potworami. Oczywiście sprytny Odyseusz cyklopa pokonał, oślepiając go swoim oszczepem. Mógł potem ze swoją załogą uciec na okręt i kontynuować podróż do domu, do którego właściwie tak bardzo się nie spieszył.
Przewidzianą pierwotnie przez Organizatora wyspę Paros, z jej niewątpliwymi, choć jeszcze nieznanymi atrakcjami zostawiamy więc na następny rejs, na Helladę 2014, albo 2020, na następne dziewięć dni Feniksa, Lwa, czy Mrówki, zależnie co Zdzichowi następnym razem przyjdzie do głowy. Ale na razie mamy Helladę 2013, tę feniksową i cała nasza armada podąża do Serifos, my z Achilleasem z Loutry, a Jacek z Tomkiem z Merichos. Z Loutry do Merichos jest wodą dziesięć mil, a lądem, z buta, blisko, jeden skok, żeby przejść na drugą stronę pagórka. Ale nie poszliśmy tam wczoraj. Nie trzeba robić czegoś tylko dlatego, że to coś jest łatwe.

62*, 63*. W Merichos, po drugiej stronie pagórka jest duzo atrakcji. Można jeździć wypożyczoną łódką i łowić ryby, a kolację zjeść na plaży, z nogami zanurzonymi w wodzie.

     Dzisiaj znowu fuka z zadka, jacht łagodnie się kołysze, kapitan rozkazuje luzować żagle, tak żeby się ładnie wiatrem wypełniły, jak dwa ogromne trochę brudne biustonosze, a my mamy wrażenie, jakbyśmy stali w miejscu. Ale płyniemy, z raźną prędkością siedmiu, a czasem nawet ośmiu węzłów. To pełny wiatr, a fale, zawsze od jachtu szybsze, nadchodzą z tyłu i najpierw rufę, a potem dziób podnoszą. Takie kołysanie nie jest zbyt przyjemne, bo fal się nie widzi, przychodzą niespodziewanie i niektórzy stają się przy takim kiwaniu dziwnie osowiali. Zaczyna się od tego, że przestają brać udział w rozmowie, potem kategorycznie odmawiają przyjmowania jakiegokolwiek pożywienia, a co gorsza również alkoholu, następnie coraz częściej odważają się nie śmiać z kawałów kapitana, nawet z tego ulubionego, o tym jak pedał poszedł na basen i skoczył do wody, a potem, potem jest jeszcze znacznie gorzej.
     Jednego, bardzo, bardzo osowiałego załoganta podtrzymujemy wspólnymi siłami, bo boimy się, żeby z rozpaczy nie chciał skoczyć za burtę.
Ale nasz nieszczęśnik pozbiera się szybko, jak tylko zamilkną fale i ucichnie ujarzmiony przez górzysty ląd wyspy wiatr. Przed wejściem do portu będzie się solidarnie, razem z innymi załogantami zastanawiał nad węzłami i wieszał an burtach białe gumowe odbijacze.
Port Levadi na Serifos jest przytulny, mały i przepełniony. Załoga Tomka, na Hellenic Sky, przypłynęła tam przed nami, bo mieli bliżej, albo bo może wypłynęli o piątej rano, albo też bo po prostu płynęli szybciej, ostrzega, że miejsc wolnych w porcie nie ma, oni stanęli na kotwicowisku po drugiej stronie keji.

64 65
64. Port w Levadi jest przepełniony, czyli Austriakom nie należy wierzyć. 65. Przy tej keji jachtom stawać nie wolno.

’Co tam’ mruczy pod nosem kapitan ‘Na pewno coś znajdziemy. Ja tu na żadnym kotwicowisku stawał nie będę. Jedziemy przecież zaraz na Chorę.’
’No tak, na horę’ myślę ‘Pewnie to góra po ukraińsku, to brzmi tak, jak ten z tymi brwiami mówił, Breżniew’.
’To na którą górę jedziemy’ pytam Andrzeja przygotowując cumę rufową ‘I czemu po ukraińsku?’
’Na tę górę przed nami, tam gdzie te białe domy. Chora to Chora, to w Grecji instytucja. Zobaczycie sami.’

 66
66. Tak wygląda z portu Livadi serifowska Chora: góra z białymi domami. Chory na innych wyspach wyglądają podobnie.

Na razie nic nie widzimy, nie ma czasu na Chorę, czy inne instytucje. Wchodzimy do portu, wszyscy na stanowiskach bojowych, wszystko musimy zrobić perfekcyjnie, tak lubi kapitan. Jak nawalimy nie będzie nam wieczorem chciał grać na gitarze. No, ale na szczęście mamy Izę, naszą Wunderwaffe o głosie Anioła. Takiego z dużymi białymi skrzydłami.
‘No i co z tą prawą rufową’ denerwuje się kapitan ‘Czy ja tu muszę kółeczko wykręcać, aż będziecie gotowi? Zaraz nam ostatnie wolne miejsce ktoś zajmie, widzicie tych frajerów z tyłu za nami?’
Frajerów widzimy, ktoś nieśmiało mówi, że to chyba Jacek, ale czasu nie mamy, żeby frajerów obserwować, wchodzimy do kompletnie zatłoczonego portu.
’Wszędzie pełno!’ wrzeszczy z dziobu Maciek, obsługujący razem z Krzyśkiem windę kotwiczną ‘Zawracaj, trzeba iść na to kotwicowisko!’
’Co tam’ mruczy pod nosem kapitan ‘Ja tu na żadnym kotwicowisku stawał nie będę. Najwyżej rozepchniemy te łódki naszym dziobem i tak wejdziemy.’
Skręcamy w lewo, może tam coś będzie. Woda staje się niebezpiecznie płytka, 2 metry, 1,90, 1,80, wreszcie 1,7 m. Na pokładzie robi się cicho.
’Arion ma zanurzenie 2.00 m od linii wodnej. Teoretycznie już siedzimy’ staram się mówić spokojnie.
Ale praktycznie nie siedzimy, zgoda?’ kapitan też jest spokojny ‘Co tam, Grecy zawsze przesadzają, nic nam nie będzie.’
Na głębokości 1,6 m i ciągle jeszcze nie na mieliźnie znajdujemy miejsce dla Ariona. Wąskie, ale wystarczy. Rzucamy cumy rufowe i czekamy niecierpliwie.
Czekamy na komendę ‘Tak stoimy!’. Taka komenda oznacza teoretycznie przejście pod jurysdykcję lądową pierwszego oficera, a praktycznie,że można wreszcie rozdać załodze puszki zmrożonego piwa. I to bez komendy kapitana.

Zmrożone piwo jest tu wyrażeniem bardzo optymistycznym. Piwo przechowywane w jachtowej lodówce jest przeważnie raczej ciepłe, bo kiedy wieje i idziemy pod żaglami trzeba wyłączyć lodówkę, żeby nie rozładować akumulatora. Szansę na trochę zimniejsze piwo ma żeglarz jachtowy tylko wtedy, kiedy nic nie wieje i trzeba iść na silniku. Zimne piwo jest wtedy rekompensatą za nudę, która panuje na pokładzie, kiedy nie ma nic do roboty.
Ale na pokładzie Ariona nigdy nie jest nudno i czasami nawet kapitanowi uda się dojść do głosu.

Oczekiwana komenda jednak nie nadchodzi. Z dziobu szczeka głosem Maćka zdenerwowane walkie-talkie ‘Kotwica nie trzyma. Co robimy?’ Kapitan pędzi na dziób i każe wybierać łańcuch w nadziei, ze się napręży i będzie dobrze. Ale gdzie tam, łańcuch zwija się grzecznie i po chwili kotwica wyłania się na powierzchnię, plując jak zwykle słoną wodą i jakimiś wodorostami. Czapa, teraz rzucić na nowo nie możemy, bo już przecież stoimy. Żeby kotwica trzymała trzeba dużo łańcucha spuścić. Łańcuch musi ułożyć się na dnie, tak, żeby jacht szarpany falą i wiatrem ciągnął kotwicę po dnie, a nie w górę.

Więc trzeba teraz tę kotwicę przetransportować, pontonem w jakieś oddalone o mniej więcej 30 metrów miejsce. Manewru dokonuje trzeci oficer razem z Krzyśkiem czerwonym. Jest to zabawny manewr, jeżdżą wiosłując po basenie portowym z ciężką kotwicą, i próbują znaleźć odpowiednie miejsce. Z sąsiednich jachtów dochodzą gromkie porady, gdzie zrzucić, a raczej, gdzie nie zrzucać, bo nikt nie chce mieć swojego łańcucha zablokowanego przez naszą kotwicę. Żeglarze prześcigają się w deklaracjach jak wcześnie muszą następnego ranka w morze wychodzić. Dochodzą również spontaniczne okrzyki podziwu za pracę przy wiosłach. Ale my nie musimy wszystkim tłumaczyć, dlaczego nasza załoga tak lubi wiosłować. Lubi i tyle.

Musi lubieć, bo nasz outboard jest jakiś dziwny, albo gaśnie, albo wchodzi od razu na wysokie obroty i ponton porusza się do przodu zwierzęcymi skokami. Wierne wiosła, ręczne, tradycyjne zwierzęcych skoków nie robią.
Spoceni wioślarze gramolą się jeszcze na pokład, kiedy pada wreszcie ta oczekiwana komenda. Dyżurny steward ugina się pod ciężarem puszek z Mythosem. Maca każdą pojedynczą puszkę i podaje tę najmniej ciepłą kapitanowi.
Kapitan patrzy z uznaniem na stewarda i nie podejrzewa żadnego postępu. Ale my wszyscy wiemy,że wszystkie puszki są tak samo ciepłe, bo steward zapomniał włożyć je do lodówki.
Ale kapitan do lodówki sam rzadko zagląda.

67 68
67, 68. Po komendzie 'Tak stoimy' niektórzy czekają niecierpliwie na komendę 'Wydać alkohol załodze', a inni udają się niecierpliwie na rozpoznanie terenu.

Wydawanie ciepłego alkoholu załodze (załoga pontonu dostaje w nagrodę za udany manewr podwójną dawkę) przerywa krótkofalówka. To Jacek, ma podarty żagiel i pyta, czy będzie miał miejsce w porcie, na kotwicowisku niewygodnie się żagle naprawia. Udaje nam się i dla niego znależć jeszcze jedno miejsce, w płytkim rejonie portu, tam się każdy boi wchodzić. Jacek dostaje polecenie nie patrzeć na głębokość i wchodzić.
Udaje się to bez żadnego problemu.
Wkrótce załoga Jacka rozkłada na keji swojego rozszarpanego wiatrem foka i zaczyna się szycie, dużą igłą i nićmi grubymi jak sznur. Szwy wyglądają tak fachowo, jakby wykonał je chirurg. Tym chirurgiem jest na Atlantisie Krzysiek.

69 70
69*,70*. Port w Livadi od strony morza, czyli od wschodu wygląda zacisznie i zachęcająco.

Wszyscy podziwiamy odwagę i zimną krew kapitana.
’Ale co tam’ śmieje się Andrzej ‘Przecież ja wiem, że Grecy zawsze margines na echosondzie nastawiają, na wszelki wypadek. Poza tym, ja tu już wiele razy byłem, wiem, że dno jest piaszczyste. Nawet jak wejdziesz, nic się nie stanie.’
Do Chory na Serifos należy jechać pojazdami jednośladowymi, mopikami, jak nazywa takie pojazdy kapitan. Mopiki wypożycza się w „Rent-a-wszystko Blue Bird”. Są też inne wypożyczalnie, ale do nich się nie chodzi. Tak powiedział kapitan, który był tu już wiele razy.
W Blue Bird składamy zamówienie na całą flotyllę pojazdów, mniejszych i większych. Panuje radosny rozgardiasz, wszyscy próbują maszyny i co chwila zmieniamy zamówienie, bo ktoś chce jednak większego, albo jednak mniejszego, albo para chce jechać oddzielnie, a potem jednak razem. Pani recepcjonistka jest tym skołowana nie mniej niż my sami, ale szczęśliwa, że tyle pojazdów na raz może opchnąć i zgadza się na suty rabat.

71 72
71, 72. Na podwórku Blue Bird chętnie na rumakach pozujemy. Jak trzeba będzie je prowadzić wyłonią się z tła ci wspaniali mężczyźni na swoich wspaniałych maszynach

Jadą więc na Chorę załogi Ariona i Achilleasa. Jackowy Atlantis jedzie na Chorę autobusem, to wyłącznie męska załoga, więc pewnie muszą być bardzo grzeczni, żeby żony ich na następny rejs puściły. A autobus jest bardzo grzeczny.
Nasza gromada, jak chmura owadów zajmuje całą drogę. Drogi na Serifos, jak zreszą wszędzie na małych greckich wyspach, są wąskie, kręte i wyposażone w liczne dziury.
Niektórzy z nas, a może nawet większość jest na takich pojazdach pierwszy raz w życiu, ale wszyscy są pełni animuszu.
Wszystko idzie dobrze do pierwszego zakrętu który okazuje się patelnią. Ten pierwszy zakręt na Serifos większość z nas pokonuje na lewym pasie, bo techniki wykonywania zakrętu w prawo za bardzo jeszcze nie opanowaliśmy. Ale Posejdon i na lądzie nad nami czuwa i sprawia, że z przeciwka nic nie jedzie.

73 74
73, 74. Liczne przerwy w drodze na Chorę Serifos wykorzystujemy żeby się policzyć.
Jeżeli kogoś brakuje jedzie po niego Maciek

Chora Serifos jest położona na samym szczycie wzgórza, jak to greckie Chory mają w zwyczaju. Króluje nad zatoką Livadi i oferuje oszałamiające widoki na Morze Egejskie. Daleko w dole widać naszego wtłoczonego między inne statki Ariona. Wygląda jak mała biała plamka na pomarszczonej turkusowej gładzi morza. Z tej odległości nie widać, że fale się ruszają. Morze wygląda jak z drewna wyrzeźbiony relief.

75 76
75, 76. Pocztówkowy kicz: ale tam jest tak naprawdę. Rzeczywistość nie może być kiczem

‘No, ale co to właściwie jest, ta Chora?’ pytam znowu Andrzeja.
’No przecież właśnie jesteś w Chorze. Popatrz się, rozglądnij i będziesz wiedział, co to Chora.’
Rozglądam się i po chwili wiem. Chora to wąskie strome uliczki i mnóstwo schodów. I uliczki i schody przewijają się pomiędzy oślepiająco białymi budyneczkami w zwartej zabudowie, nie pozwalającej na przemieszczanie się pomiędzy domami. Taka zwarta zabudowa ma duże zalety przy obronie miasta, obrońcy zamykają się w swoich domach, albo na dachach i rażą skutecznie pozbawionych osłony najeźdźców osaczonych w wąskich zaułkach. Zrozpaczeni takim obrotem sprawy najeźdźcy próbują wtedy zwykle odwiedzać w zamkniętych na cztery spusty domkach obrońców, ale rzadko im się to udaje, bo nie są zapraszani do środka. Jeżeli mimo wszystko uda im się kogoś odwiedzić, mogą wtedy obrońcy znaleźć się w niezłych tarapatach.
Białe domki wyglądają trochę, jak ulepione z gliny. Gdzieniegdzie, z jakiejś szpary między kamieniami wyrasta jakieś nie dające za wygraną drzewko, albo krzaczek.
Jest bardzo czysto i bardzo pusto, na wąskich uliczkach Chory widuje się czasami jakiś zagubionych spoconych turystów. Ale często widzimy tylko niespocone chude koty.

77 78
77, 78. Chora: biała, czysta i pusta. Jesteśmy tu i jednocześnie nie. Bo nie jesteśmy z tego świata

Na szczycie wzgórza króluje kościół, z dzwonem zawieszonym u szczytu białej dzwonnicy. Do dzwona umocowany jest sznur, którym w trybie samoobsługowym można dzwon rozbujać. Z trudem powstrzymujemy się od wypróbowania.
Kościół Agios Konstantinos jest greckokatolicki, ale prawdopodobnie nie taki stary, jak się tego oczekuje. Grecja odzyskała niepodległość dopiero w 1829 roku, przedtem na Serifos rządzili Turcy, którzy nie budowali greckich kościołów, jeszcze przedtem Wenecjanie, którzy zdecydowanie woleli kościoły katolickie, a przez krótki czas nawet Rosjanie. Wiele greckich kościołów zbudowano więc dopiero w dziewiętnastym wieku. I te udają teraz stare, co przy wielu mniej zorientowanych turystach dobrze funkcjonuje.

79 80
79, 80. Główny kościół Chory, w którym bije się w dzwon i jednocześnie nie

Wszystkie kościóły nazywają się w Grecji „Agios...coś tam”, a to dlatego, że po grecku „Agios” to „święty”.
W serifowskiej Chorze wśród wielu kościołów najciekawszym jest Agios Ioannis Theologos zbudowany podobno na ruinach świątyni Ateny.

81 82
81*, 82*. Agios Ioannis Theologos mimo bujnej przeszłości wygląda trochę niepozornie

W katakombach przechowywana jest głowa Meduzy, zdeponowana tam przez bohaterskiego Perseusza. Perseuszowi udało się obciąć Meduzie głowę, ale nie dlatego, że był taki dzielny, ale dlatego, że umiał się ustawić i miał poparcie odpowiednich czynników. Miecza nadającego się do ucinania głów dostarczył mu bóg Hermes, a tarczy z brązu bogini, właśnie Atena. Tą czarodziejską tarczą zasłaniał się przed wzrokiem Meduzy, wzrokiem, który zamieniał przeciwników nieuzbrojonych w tarczę Ateny w kamień. Dodatkowo miał Perseusz do dypozycji specjalne buty, dzięki którym mógł fruwać jak ptak, torbę do transportowania głowy Meduzy, która zależnie od potrzeb zmieniała wielkość, marzenie wszystkich podróżujących samolotami oraz hełm, który Perseusz pożyczyl sobie od boga zaświatów, brata Zeusa i Posejdona, Plutona. Pluton był jednoczśnie Hadesem i jednocześnie nie, w tym miejscu mitolologia grecka robi się raczej mętna.
Hełm Plutona czynił nosiciela hełmu, czyli w tym przypadku Perseusza niewidzialnym.
Meduza, której jedynym orężem był wzrok zamieniający w kamień nie miala więc w starciu z przeciwnikiem uzbrojonym po zęby w gadżety jak James Bond żadnych szans.

83 84
83*. Perseusz był dumny ze swojego zwycięstwa. 84* Statua Perseusza stoi we Florencji. I Bienvenuto Cellini był ścięciem głowy Meduzie zachwycony.

 

85 86
85*, 86*. Ci którzy znali Meduzę osobiście do dzisiaj się kłócą, czy była sexy, czy nie.

Swoje wielkie zwycięstwo Perseusz zawdzięcza dobrym kontaktom z bogami, co i dzisiaj i wodzom partii politycznych i businessmanom bardzo się przydaje. Perseusz był synem boga, szefa wszystkich greckich bogów, samego Zeusa, więc to normalne, że otrzymywał pomoc od swoich bliskich krewnych, a przynajmniej znajomych. Skoro ludzie sobie wzajemnie pomagają, więc bogowie na pewno też.

87 88
87*. Perseusz nie był w pojedynku z Meduzą specjalnie rycerski. 88*. Biedna Meduza, nie wiedziała nawet, kto ją zabija i czemu. Myślala pewnie, że chodzi o zwykły napad rabunkowy.

Ale dlaczego uciął Perseusz głowę Meduzie, której w ogóle nie znał i która mu w niczym nie zaszkodziła, bo go też przecież nie znała?
Ta historia zaczyna się od króla Acrisiusa, który mieszkał w bogatym, chętnie odwiedzanym przez turystów mieście Argos, na półwyspie Peloponez.

89 90
89*. Argos widziane z antycznego amfiteatru. 90*. Larissa: zamek na Argos, w którym król Acrisius nie mieszkał.

Król pewnego dnia udał się do wyroczni, jak to podówczas było w zwyczaju, żeby zaplanować najbliższą przyszłość. Nie można było rozpocząć następnej wojny, zawrzeć małżeństwa, czy namotać intrygi politycznej, nie wiedząc z góry, czy się taka akcja uda.
Grecy, i nie tylko Grecy udawali się wtedy po przepowiednie najczęściej do Delphi, do świątynii Apolla, do słynnej Pythii, kapłanki, siedzącej na skale, w której przez szczeliny wydobywał się gaz, prawdopodobnie etylen, wprowadzający wróżkę we frenetyczny, podobny do narkotycznego trans pozwalający jej na bezspośredni kontakt z bogiem Apollo. Który, jako Bóg, wiedział wszystko. Gdyby jednak nie, tak na wszelki wypadek, Pythia miała do dyspozycji grupę kapłanów pomocniczych, którzy sprawdzali zdeponowane wcześniej pytania i opracowywali odpowiedzi, które potem Pythia w swoim natchnionym transie dalej przekazywała. W trosce o zachowanie dobrej opinii i stałego dopływu świeżych klientów starano się przepowiednie formułować mętnie, wieloznacznie, tak, żeby w końcu zawsze wyszło na to, że wyrocznia jednak miała rację.

91 92
91*. Król Acrisius byl wyjątkowo przystojny. 92*. Pythia siedziała na kamieniu i wdychała gazy wysyłane przez boga Apollo.

Przepowiednia, którą usłyszał w Delphi król Acrisius była wyjątkowo jednoznaczna.
’Strzeż się’ wykrzykiwała w transie Pythia
‘Wystrzegaj się twojego wnuka. On cię zabije, zabije i zasiądzie na twoim tronie. Strzeż się twojego wnuka!’

’Ale ja przecież nie mam żadnych wnuków, nie mam nawet dzieci’ pomyślał król. Nie wolno mu było zadać następnego pytania, a po chwili audiencja się skończyła, a wyczerpaną po seansie, prawie nieprzytomną Pythię wyprowadzano właśnie z komnaty.
Oczywiście Acrisiusowi do głowy nie przyszło, żeby w słowa Pythii wątpić. Przemawiał przecież jej ustami sam Bóg, Pythia się nigdy nie myliła.

A nawet gdyby...przy takiej przepowiedni ryzyko było niewielkie, dopóki klient żyje, nie będzie przecież reklamował, że go jeszcze nikt nie zabił. A jak sam umrze, to po śmierci będzie miał ważniejsze rzeczy do roboty, niż dochodzić prawdy u wyroczni, która się nigdy nie myliła.
‘Co tu zrobić’ zaczął się gryźć Acrisius, zaniepokojony ponurą perspektywą. W końcu nikt sobie nie życzy, żeby go własny wnuk zabijał.
Ze związku ze swoją żoną Eurydyką (to była inna Eurydyka, nie pechowa żona muzykalnego Orfeusza) miał Acrisius jedyną córkę, piękną Danae, a ona wielu zalotników. Jednym z nich był sam Zeus, który od kobiet nigdy nie stronił, ale alimenty płacił rzadko.
Przed Zeusem trzeba było Danae koniecznie ochronić; Acrisius zamknął więc Danae w piwnicy, zaryglowanej na cztery spusty i zaczął znowu sypiać spokojnie, w Argos, bogatym mieście, od którego nie stronią turyści.

Wkrótce Danae była jednak w ciąży.

93 94
93*.W zamknięciu Danae potwornie się nudziła. 94*.Złoty deszcz był więc większą atrakcją, niż głodne szczury, których i wtedy w Argos nie brakowało

Acrisius rwał sobie włosy z głowy ‘Jak mogłaś’ robił Danae gorzkie wyrzuty ‘I kto jest ojcem?’. Tego chce się oczywiście natychmiast dowiedzieć każdy ojciec.
’Złoty deszcz’ odpowiedziała spokojnie Danae ‘Był taki piękny.’
’Parszywy Zeus’ Acrisius od razu wiedział, kto mógł się w złoty deszcz przemienić, żeby uwieść jego córkę ‘to następny z jego podłych tricków. Ale ja go jeszcze kiedyś dopadnę.’
Danae urodziła syna, zdrowego i silnego. Dała mu na imię Perseusz.
Arcisius, pomimo marnych perspektyw na rodzinne szczęście, nie zdecydował się wyelimimować wnuka. Miał miękkie serce, no i bardzo kochał swoją córkę, Danae.
Kazał więc cieślom sporządzić drewnianą skrzynię, zamknięto w niej Perseusza razem z Danae, po czym skrzynię wrzucono do morza.

95 96
95*.Skonstruowano wygodną skrzynię, król dla swojej córki nie szczędził wydatków. 96*.Pożegnanie było serdeczne, ale Danae nie była zadowolona.

Morze, nasze morze...obeszło się z rozbitkami litościwie. Pomógł brat Posejdon, którego poprosił Zeus, żeby morze uspokoił, wiedział bowiem, że w drewnianej skrzyni podróżuje jego syn, o matce Posejdonowi nie wspomniał, bo już jej imienia nie pamiętał, był w tym czasie zakochany po uszy w następnej wybrance.
Po wieku tygodniach żeglowania morze wypłukało skrzynię na plażę małej wysepki, gdzie znaleźli ją rybacy.
Tą wyspą nie była Lampedusa, lecz Serifos.

97
97*. Danae ląduje na Serifos w dobrej formie, a Perseusz jak zwykle śpi.

Serifos miało w tym czasie dwóch ze sobą rywalizujących królów, dobrego Dictysa i przewrotnego Polydectesa.
Perseusz miał szczęście, że rybacy zanieśli go do dobrego króla Dictysa. Na jego dworze Perseusz dorastał i nabierał umiejętności, które mu w dorosłym życiu miały mu być potrzebne.

98
98*.Zaopiekował się nimi od razu dobry Dictys, który lubiał dzieci.

Wkrótce stał się Perseusz solą w oku króla Polydectesa, obawiającego się, że rośnie następny konkurent do jego korony, z którą Polydectes absolutnie nie miał ochoty się rozstać. A poza tym Polydectes zakochał się w ciągle pięknej Danae, matce Perseusza. Wymyślił więc przewrotną intrygę: wysłał Perseusza w daleką podróż z misją pokonania złej Meduzy, postrachu wszystkich bohaterów. Nikt do tej pory z takiej misji żywy nie wrócił, bo wzrok Meduzy zamieniał przeciwników w kamień. Taka była więc kalkulacja Polydectesa: konkurenta do tronu ma ktoś zamienić w kamień i po kłopocie.
Głowę upolowanej Meduzy miał Perseusz wręczyć Polydectesowi jako prezent ślubny, w jego małżeństwie z Hippodameią. Mimo, że Polydectes kochał się przecież w Danae!
Francuzi, w swoich intrygach miłosnych w porównaniu z Grekami, to pluszowe kotki.
Ale czemu Perseusz zgodził się na ten deal, na tak niebezpieczną wyprawę? Przecież nie musiał, nie łączyło go z Polydectesem nic.
Prawdopodobnie powodowała Perseuszem próżność, chciał szybko dorobić się sławy, dobrego imienia, chciał być podziwiany przez mdlejące na jego widok młodociane fanki.
A one nie mdleją na widok księgowego, albo referenta do spraw administracyjnych.
Nie, żeby mieć fanki trzeba być bohaterem, nawet jeśli musisz w tym celu obciąć głowę komuś, kogo nawet nie znasz,.
Perseusz, jak już wiemy, mokrą robotę wykonał i prezent ślubny Polydectesowi wręczył.
A w drodze powrotnej na Serifos dokonał jeszcze wielu innych bohaterskich czynów, mordował następne potwory i uwalniał przywiązane do skały piękne morskie dziewice.
Co właściwie robi bohater, jeżeli przeznaczona do uratowania dziewica jest brzydka? Odwraca głowę w drugą stronę i płynie dalej?

 99
 99*. Andromeda była ponętna i zawsze stosownie do okazji ubrana, więc ratować chciało wielu. Niestety wszyscy bali się potworów.

Ale Perseusz głowy nie odwrócił i Andromedę uratował. Nie tylko dlatego, że mu się Andromeda podobała, choć tak twierdziło wielu. Perseusz był bohaterem, a to zobowiązuje. Bohater nie jest już wolnym człowiekiem, który robi to, co chce. Bohater jest osobą publiczną i musi konsekwencje tego ponosić.
A potwory? Są tylko groźne, jeżeli się ich boisz. Jak nie czują to i zachowują się jak oswojone kotki. I potwory chcą przeżyć.
Z uratowaną urodziwą dziewicą Andromedą Perseusz ożenił się, tu, na Serifos.
Ze swojego prezentu śubnego Polydectes niedługo się cieszył. Wzrok Meduzy zamienił go w kamień. Klątwa działała i po śmierci! Dla osób urodzonych w komuniźmie i ciągle budujących drugą, czy którąś następną Polskę, to nic nowego. Groźba ‘Lenin wiecznie żywy’ towarzyszyła nam codziennie.

100 101
100*. Po podjęciu decyzji o ratowaniu Perseusz rzuca się na niczego nie podejrzewające potwory. 101* Po uratowaniu Perseusz transportuje zdobycz na swoją łódź.

Po śmierci Polydectesa zwycięski Perseusz wyrusza w podróż, z matką Danae i żoną Andromedą. Docierają w końcu do bogatego miasta Argos, pełnego turystów, wydających pełnymi garściami pogardzane północnoeuropejskie eura i amerykańskie dolary, które zawsze są dobre, nawet, jeśli akurat są słabe, do miejsca swojego urodzenia, w piwnicy i do miejsca gdzie wyruszył w swoją pierwszą wielką podróż, w drewnianej skrzyni.
W Argos Perseusz bierze udział w zawodach sportowych, rzuca dyskiem, ten leci daleko, tłumy wiwatują, dysk leci jeszcze dalej, zakręca i trafia stojącego na honorowej trybunie króla Acrisiusa prosto w skronie, król nie żyje, niech żyje następny król, Perseusz.
To zemsta za drewnianą skrzynię, perfidna, zesłana przez bogów zemsta, bo Perseusz tej skrzyni nawet nie pamięta. Rzucił dyskiem, żeby zwyciężyć, przecież bohaterowie zawsze muszą zwyciężać, ale bohaterom leci dysk dalej, niż innym i dokonuje czynów, które ich samych zaskakują. Wszystko się bohaterom udaje.
A oni pławią się w swojej sławie i pogrążają się w rozpaczy w każdej chwili, kiedy akurat nie dokonują zwycięskich czynów.
Bohaterowie przegrywają potem w trudnym pojedynku z samym sobą.
Taki jest los bohaterów, niech bogowie mają ich w swojej opiece.
A w dalekim Delphi Pythia oddycha z ulgą i zamawia szampana dla wszystkich.
Opuszczamy rozgrzaną wieczornym słońcem białą czystą Chorę, białe miasteczko przeniesione tu skądś z jakiegoś innego czasu. Czy można tu mieszkać, w innej epoce i chodzić codziennie do pracy, żeby sprzedawać benzynę do mopików na stacji benzynowej, albo frytki w McDonaldzie? A może te frytki sprzedaje mój avatar, a ja należę do tej innej epoki, kiedy czas odmierzany był inaczej?
Ale Chora nie należy do żadnej rzeczywistości, nie jest ani teraz, ani nie była wtedy, Chora istnieje i jednocześnie nie istnieje, Chora to forma, pojemnik, który nigdy nie ma zawartości, ale zawartość bez Chory nie może istnieć. Chora to stan, który jest potrzebny, żeby byt był możliwy, jako połaczenie treści z istnieniem, rzeczownika z czasownikiem, jako pojemnik przyjmujący wszystko, pomiędzy namacalnym i odczuwalnym i natychmiast to wszystko oddający, nie zatrzymując nic dla siebie. Jak lustro, które potrzebne jest, żeby ujrzeć swoje odbicie, albo jak pamięć wewnętrzna komputera. Jak wyłączysz prąd, wszystko znika.
Bo Chory tak naprawdę właściwie nie ma, ona pojawia się tylko z tobą, z twoją myślą.
Tak definiował Chorę Platon, bardzo dawno temu, a dyskusję podjeły rzesze filozofów do dzisiaj.
Dyskusje filozofów nigdy się nie kończą. To też Chora.

102 103
102. 103. Nierzeczywista rzeczywistość. Co jest i jednocześnie nie jest.

Zaparkowane grzecznie nasze rumaki przywracają poczucie rzeczywistej rzeczywistości, tej, która jest.
Trzeba ruszać w dalszą drogę, wdychać czerwone promienie zachodzącego słońca, połykać przestrzeń zdefiniowaną wąskimi krętymi drogami z coraz dłuższymi cieniami wieczornych cyprysów. Jeszcze tyle przed nami!
Udaje nam się jeszcze przed nadejściem nocy objechać spory kawałek wyspy i wrócić do światowego, tłumnego i rozbawionego Livadi drogą nad plażą pełną tawern i małych kafejek, wypełnionych turystami spragnionymi wieczornych atrakcji i lokalnymi Grekami, nie szukającymi specjalnych atrakcji, lecz spędzającymi po prostu normalny, kolejny wieczór siedząc w kafejce, bo to tu normalne. Północnoeurowscy turyści wiedzą za to, że wieczory spędza się w domu, w zaciszu telewizora dla starszych i facebooka dla młodszych.

104 105
104. 105. Droga do Livadi prowadzi przez zapierające dech widoki, zakręty i wyboje.

Ale wcześniej udaje nam się jeszcze, przez czysty przypadek, przez łut szczęścia zwiedzić gdzieś na bezdrożach, małą kaplicę prawosławną z autentycznym popem. Obiekt przypomina dwór warowny, z wysokimi schodami i masywną bramą, przez którą wchodzi się na dziedziniec. W murach zewnętrznych są pomieszczenia pomocnicze i mieszkalne, a sam kościół jest dalej, w samym środku dziedzińca, otoczony wokoło pasem zielonej trawy i zielonych drzew. Tak jakby ta trawa i te drzewa pasły się koło kapliczki. Takie to wszystko spokojne i ładne.

106 107
106. 107. Nasz pop wita nas serdecznie, ale zdecydowanie po grecku.

Mieliśmy szczęście, że przyjechaliśmy akurat wtedy, kiedy pop dużym kluczem otwierał warowną bramę. Zaprosił nas spontanicznie do środka. Teraz, po zejściu ze schodów stoi przed drzwiami do kościółka i częstuje nas landrynkami.

108 109
108. 109. W środku prawosławnej świątyni jest pełno skarbów.

Pop, z regulamimową brodą i w wieku wyższym od średniego emanuje dobrocią. Pokazuje nam z dumą wnętrze kościoła, ikony i różne relikwie, dary z dalekich stron świata. Dużo o swoich skarbach opowiada, z dumą i entuzjazmem. Nie rozumiemy ani slowa i pop nie rozumie nas, bo zwykłe „kalimera” i „eucharysto” tu nie wystarczają. Ale nie słowa są tu ważne, lecz atmosfera tego miejsca, następnej wysepki, która, podobnie jak Chora, ocalała tutaj dla nas otoczona morzem codzienności.

110 111
110, 111. W przerwach między modlitwami pop może obchodzić wkoło światynię i podlewać konewką drzewko. Pop cieszy się, że nie ma trawnika, bo nie potrzebuje kosiarki.

Przejeżdżamy naszymi mopikami szykiem torowym przez turystyczne centrum Livadi, z przodu jak zwykle kapitan, który w Livadi już tyle razy był, a kawalkadę zamyka z tyłu jak zwykle Maciek, nasz trzeci oficer, jak zwykle pilnujący, czy ktoś nie został z tyłu, czy ktoś nie ma kłopotów. To nie funkcja, czy jakiś regulamin, to charakter Maćka.

112 113
114 115
112. 113, 114, 115. W drodze do Livadi zatrzymujemy się w barze z wybiegiem na plażę. Zimne Mythosy przynosi kelner z lodówki po drugiej stronie ruchliwej ulicy.

Na glównej turystycznej ulicy Livadi trzeba ciągle lawirować, omijać turystów szukających najlepszego lokalu do spędzenia wieczoru i kelnerów żonglujących tacami z jadłem i napojami, starającymi się przedrzeć z zawietrznej strony ulicy, tam gdzie w ciasnych pomieszczeniach spocony kucharz gotuje, a zmęczony azylant pomywa, na stronę nadmorską, tam gdzie siedzą turyści, wdychaja świeżą mokrą bryzę, wsłuchują się w pomruk fal i zachwycają się samymi sobą, jak genialnie wybrali miejsce na spędzenie wakacji i nigdy nie widzą ani spoconego kucharza, ani zmęczonego azylanta, jedynym interfejsem jest wielojęzyczny kelner, zawsze w czarnych spodniach i białej koszuli. Wszystko odbywa się w radosnym ruchu samochodowo-skuterowym, pojazdów jest pełno, ciągle ktoś kogoś wyprzedza, albo pozdrawia klaksonem. Skutery są wszędzie, z każdej strony i zawsze się śpieszą. Tak jest codziennie, każdego wieczoru i nikt się nie denerwuje i nikomu żadna krzywda się nie dzieje.
Spoceni od lawirowania docieramy w końcu do portowej keji, gdzie parkują nasze zaspane jachty. Przed Atlantisem siedzi atlantisowy Krzysiek i szyje żagiel. Reszta załogi głośno się przygląda.
Jakby czas stanął w miejscu, jakbyśmy się z tego portu nigdy nie ruszyli, jakbyśmy w białej Chorze, w tej nierzeczywistej rzeczywistości nigdy nie byli. Ale to złudzenie. Ich autobus przyjechał z Chory wcześniej.

116 117
116, 117. Szycie podartych żagli jest emocjonującym zajęciem, zwłaszcza dla tych, którzy się tylko przyglądają.

Ktoś powiedział, że idziemy na kolację do restauracji, którą prowadzi Polak, Polak na Serifos!
Oczywiście, nie można w takiej sytuacji iść do restauracji innej, niż ta, którą prowadzi Polak.
W restauracji u Polaka czeka na nas zarezerwowany długi stół po nadmorskiej stronie ulicy, nad morzem z mruczącymi falami. Polakiem okazuje się kelner żonglujący tacą przedzierając się na drugą stronę ulicy przez skuterowo-nożny tłum. Kelner prosi, żeby nazywać go Zbyszkiem, co być może jest jego prawdziwym imieniem i że jest współwłaścicielem lokalu,w którym akurat siedzimy. Zbyszek przyjechał do Grecji z Brzozowa, bo się tam nudził i trochę się tego Brzozowa wstydzi. Pewnie wie, dlaczego. My nie wiemy, bo nikt z nas nie wie, gdzie Brzozów jest. Przypuszczamy, że w części rosyjskiej rozebranego na ponad sto lat dumnego państwa polskiego.

Maciek grzebie coś na swoim telefonie i po krótkiej chwili obwieszcza, że Brzozów to mała mieścina niedaleko Rzeszowa. Więc Galicja, Austria, nie carska Rosja.
Zbyszko powinien być dumny, że urodził się w Brzozowie. To miejsce dobre jak każde inne. Nie należy się wstydzić swojego miejsca urodzenia, to takie głupie. Przecież nie miejsce decyduje jakim będziesz człowiekiem.

118 119
118, 119. Kiedy nasze rumaki śpią my siedzimy w greckiej knajpie Zbyszka z Brzozowa, niedaleko Rzeszowa.

Przy stole oprócz połączonych załóg Ariona i Achilleasa jest też delegacja warszawskiego Hellenic Sky. Reszta pilnuje jachtu, który kotwicuje w zatoce. Dochodzi do pierwszych, nieśmiałych zbliżeń. Zawiązuje się cienka na razie nić porozumienia i wzajemnej sympatii. Będzie stawała się w czasie rejsu raczej powoli coraz grubsza.
Zbyszko z Brzozowa okazuje sie dobrym doradcą i zręcznym żonglerem tacą, więc wieczór upływa w pogodnej atmosferze, bo nic, no może prawie nic nie cieszy człowieka tak bardzo, jak dobre jedzenie i picie. Żeglarze nie są tu żadnym wyjątkiem, dobra wyżerka na lądzie jest ważniejsza dla żeglarza, niż dla szczura lądowego, bo nie wiadomo, kiedy będzie następna okazja, żeby wejść do jakiegoś atrakcyjnego portu, a nie stać na wstrętnej kotwicy i gotować samemu. Posiłki na jachcie są najczęściej podstawowe, spożywane na zmiany i to w stresie bo bacznym okiem patrzy na usiłującego odżywiać się załoganta Posejdon no i kapitan.
Biesiadę postanawiamy kontynuować na pokładzie Atlantisa. Będzie pojedynek na gitary. Wirtouzem na Atlantisie jest Waldek, a na naszym Arionie, jak wiadomo, Andrzej.
Siedzimy wszyscy stłoczeni na pokładzie, miejsca jest dużo za mało, niektórzy siedzą nawet na keji, na ciepłym betonowym lądzie i słuchają. Fascynujace jest, jak szybko potrafi się dwóch muzyków zgrać, oni nigdy razem nie grali, a do wczoraj nawet nie wiedzieli, że się nie znają. Tak jest najczęściej, jak wiesz, że kogoś nie znasz, to go już znasz.
Zaczyna grać Andrzej, jakiś swój ulubiony kawałek, którego Waldek nie zna. On słucha kilka taktów, potem zaczyna lekko struny swojej gitary szarpać, coś tam próbuje i po krótkiej chwili grają obydwaj, jakby grywali ten kawałek razem od lat. Potem jest kolej na Waldka, wtedy Andrzej się wgrywa i zabawa zaczyna się od nowa.
Waldek przywiózł ze sobą również swój ulubiony flet i dla urozmaicenia co chwila zmienia instrument. Myślę w takich momentach tylko o jednym: dlaczego on się jeszcze nie nauczył grać na obydwu instrumentach jednocześnie?
Późną nocą dołącza do nas i Zbyszko z Brzozowa, wreszcie może, ostatni klienci skasowani, kucharz i pomywacz dawno w domu, w papuciach przed telewizorem, a kasa z ciężko zarobionymi północnoeurepejskimi eurami bezpiecznie zamknięta w sejfie.
Teraz pora na hulanki i swawole.
Zbyszko ma swoje, prawdopodobnie dobrze ugruntowane praktyką wyobrażenie o hulankach i swawolach, rozgląda sie nerwowo po pokładzie i pyta gdzie schowaliśmy te kobiety?
Nasz gość ciągle kręci się i wierci. Co chwila się o coś pyta, albo usiłuje coś opowiadać, o siermiężnym życiu w Brzozowie, albo o swawolach w Livadi, na Serifos.
Zamiast słuchać w skupieniu koncertu wirtuozów. Wiadomo, szczur lądowy, a nie zdyscyplinowany muzykalny marynarz.
Nie pomagają nawet surowe spojrzenia naszego kapitana, najsurowsze, które kapitan ma w swoim repertuarze spojrzeń, stosowane na morzu tylko w sytuacji najgroźniejszej dla życia i zdrowia załogi, to znaczy rzucenia cum bez wzniesienia toastu do wszechmogącego, kapryśnego Posejdona.

c.d.n.


Źródła:
Wszystkie zdjęcia bez gwiazdek to nasze własne zdjęcia, ze zbiorów Krzysztofa Gackiewicza, Jacka Simona, Maryli i Krzysztofa Migdał, Izabelli i Krzysztofa Stańczyk oraz Jolanty i Klaudiusza Kobiela.

Zewnętrzne żródła:
58. greek-islands.us/kythnos
62. Greecetravel.com
63. greek-islands.us/kythnos
69. Notyet-team.de
70. esys.org
81. commons.wikimedia.org
82. www.thinkbigadventures.com
83. id.wikibooks.com
84. commons.wikimedia.com
85. Blogspot.com
86. Ioarte.com
87. yunanmitolojisi.com
88. mythologian.net
89. En.wikipedia.org
90. etoudouze.files.wordpress.com
91. sahseng11.pbworks.com    
92. hubpages.com
93. de.wikipedia.org
94. nihilnovum.files.wordpress.com
95. Prezi.com
96. www.xtec.cat
97. id.wikibooks.com
98. pinkkebaya-lifethewayiseeit.blogspot.com
99. bonzasheila.com
100. blogspot.com
101. ilovemytho.com


 
Prawdziwa Przygoda by Marek and Jacek
Design by : Place your Website.