Klaudiusz Kobiela

To wszystko wydarzyło się naprawdę.

Ale czasami jest więcej takich "naprawdę", zupełnie różnych.
Starałem się wybrać wtedy wersję najbardziej rozpowszechnioną, nie najbardziej prawdopodobną, bo tego ocenić nie potrafię.
Dialogi nie są historycznie udokumentowane, ale kto pamięta dzisiaj co powiedział wczoraj?
Klaudiusz 


Czwartek, 13.06.2013

Funkcję kapitana pełni na Arionie kapitan, to znaczy Andrzej. Głównym zadaniem kapitana jest, oprócz takich drobiazgów jak uchowanie załogantów przy życiu i możliwie małej ilości ran, rozbawianie załogi, która powinna się na pokładzie czuć dobrze.
Jeżeli załoga nie czuje się dobrze, nie będą dobrze ciągnęli za te wszystkie sznurki i wtedy za te sznurki musi ciągnąć sam kapitan.
Kapitan dobrze o tym wie i stara się, żeby załodze było dobrze. Opowiada nieskończoną ilość kawałów, które przyjmowane są bardzo dobrze przez załogę. Najlepiej sprawdzają się kawały stare, znane od dawna albo od wczoraj. Wiadomo wtedy dokładnie, kiedy należy się śmiać. Załoganta, który, o zgrozo, zacznie się śmiać za wcześnie, spotka surowy wzrok kapitana i konsekwencje, w najlepszym razie funkcja stewarda przez najbliższe 24 godziny.

25 26
25. Kapitanem na Arionie jest kapitan, czyli Andrzej. 26. Który kocha nie tylko morskie żywioły

Kapitan jest jedyną instancją, która wyznacza stewarda i której wolno wydać komendę ‘Steward, wydać alkohol załodze!’ Wyznaczony nieszczęśnik pędzi wtedy po zejściówce do salonu, potyka się na stopniach, uderza lewym biodrem w półkę przy kanapie, by wreszcie chwycić się obiema rękami zbawiennego stolika nawigacyjnego, ale tak, by nie dotknąć żółtego netbooka kapitana, od którego zależą nasze losy. Potem dociera do kambuza, otwiera lodówkę tak, żeby klapa nie spadła mu z hukiem na głowę, porywa butelkę absoluta albo żubrówki i próbuje tą samą drogą przedostać się z powrotem na pokład. Tam nalewa do jednego małego, niemytego od początku rejsu kieliszka „en peu” dla każdego członka załogi, od kapitana począwszy, poprzez hierarchię oficerów aż do zwykłych majtków.

O ile kolejność jest ważna, ilość nalewanego trunku jest taka sama, niezależnie od rangi. Jeżeli się to stewardowi, zwłaszcza przy większej fali, uda.
Napełnianie kieliszka odbywa się trzymając jedną ręką butelkę, a drugą kieliszek, co szczurom lądowym może wydawać się proste, jednak na bujającym się pokładzie synchronizacja obydwu rąk tak, by znalazły się w pewnym momencie dokładnie tam, gdzie butelka i kieliszek powinny się spotkać, nie zawsze jest łatwe.

Egzekucja tej ulubionej przez załogę, a również przez kapitana komendy nie pozwala, wyjątkowo, na zastosowanie żelaznej żeglarskiej zasady „jedna ręka dla statku, a druga dla mnie”, gdyż nie można napełniać kieliszka jedną ręką, chyba, że trzymałoby sie go zębami.
Tradycyjnie niemyty kieliszek musi być ze szkła, nie z plastiku i jest nazywany przez kapitana pieszczotliwie „kielonek”, co podkreśla jego starannie ukrywane śląskie korzenie, jako, że nazwa ta pochodzi bezpośrednio od niewątpliwie śląskiego „pieronek”.

27 28
27. Na wodzie stewardowi wolno napełniać kielonek na siedząco. Ale nie przy toaście dla Posejdona 28. Po udanym wykonaniu zadania steward jest szczęśliwy

Konsumpcji „en peu” musi towarzyszyć toast. Standardem kapitana jest ‘Zdrowie kochanej załogi!’ po czym następuje chóralna odpowiedź załogi ‘Zdrowie kapitana!’
Potem niemyty kieliszek wędruje do ust pierwszego oficera, którego standardowym toastem jest ‘Zdrowie kapitana i załogi!’ Potem pije drugi i trzeci oficer, a na samym końcu majtkowie.
Ale mogą też być i inne toasty. Piliśmy już i zdrowie delfinów i białego niedźwiedzia i steru i żagli, no i oczywiście oczyszczalni ścieków w Szczecinie.
Specjalny toast, do Neptuna, a w greckich wodach terytorialnych do Posejdona kapitan, i tylko on wznosi kazdego dnia na rozpoczęcie żeglugi. Prosi go wtedy o przychylne wiatry i o oszczędzenie, czyli zachowanie przy życiu załogi. Posejdonowi nalewa steward cały kieliszek, nie tylko „en peu”.
Zastanawialiśmy się kiedyś, w gronie zaprzyjaźnionych żeglarzy, nie-kapitanów, po co ten cały ambaras, z tym alkoholem i z tym „en peu”.
Wyjaśniła to wtedy Jola, opowiadając o swoim rejsie wycieczkowcem na Helgoland, małą wysepkę na Morzu Północnym, gdzie nabywa się tani alkohol. Jola miała wtedy za zadanie opiekować się kilkoma szwajcarskimi inwalidami na wózkach. Ponieważ fala była wysoka, po chwili musiała opiekować się wszystkimi pasażerami, bo rzygali wszyscy. Poruszała się po pokładzie od jednego do drugiego ślizgami, bo cały pokład był zarzygany. W pewnym momencie chwyciły ją od tyłu silne męskie ręce. Zaciągnięta do kambuza przez marynarza została zmuszona do wchłonięcia na raz całej piersiówki Jägermeistera.
’Obserwujemy cię cały czas’ powiedział silny marynarz ‘Jeśli teraz nie wypijesz, za dwie minuty będziesz rzygała jak reszta. I wtedy nikt już nie będzie się nimi opiekował. Pij do dna!’
Marynarz miał rację, Jägermeister pomógł.

29 30
29*. W drodze na Helgoland pomoże Jägermeister 30*. To też Hegoland. Tu już Jägermeister nie pomoże

Funkcja pierwszego oficera, którą kapitan powierzył mnie, polega głównie na odebraniu załodze paszportów, tak, żeby nie uciekli w pierwszym porcie. Paszporty zamykane są w stoliku nawigacyjnym i przy komendzie „Opuścić pokład” w przypadku poważnego alarmu ogniowego lub wodnego ratowane przez pierwszego oficera. W porcie docelowym, po zakończeniu rejsu, pierwszy oficer, o ile nie zapomni, zwraca paszporty załogantom.

Pozostałymi obowiązkami pierwszego jest prowadzenie nawigacji, dziennika pokładowego i zastępowanie kapitana w momentach snu, niemocy, albo zwykłej ucieczki do kajuty.
Na lądzie jest pierwszy oficer odpowiedzialny najpierw za pertraktacje z władzami i uiszczenie żądanych opłat za nie wiadomo co, a potem za organizowanie rozrywek dla załogi, co polega głównie na wypożyczaniu dla załogi potrzebnych ilości samochodów, quadów i skuterów, nazywanych zdrobniale mopikami.
W większych portach organizuje pierwszy oficer w miarę potrzeby konferencje prasowe i redaguje komunikaty dla zainteresowanych przebiegiem rejsu radia, telewizji i prasy.

31 32
31. Pierwszy oficer jest prawą ręką kapitana 32. I pilnuje, żeby załoga mimo różnych szykanów kapitana nie uciekła ze statku

Drugim oficerem została mianowana Iza, żeglarka o kryształowym głosie.
Obowiązkiem, a może prawem Izy jest decydowanie, kto pełni wachtę kambuzową, co będzie każdego dnia gotowane na śniadanie, na drugie śniadanie, na brunch, na lunch, na obiad, na podwieczorek, na kolację i na drugą późną kolację. A także wybór miejsca, gdzie te posiłki będą spożywane, czyli wybór odpowiedniego lokalu, odpowiadającego życzeniom załogi. Z reguły pożądane są lokale tradycyjne, z regionalną strawą, w których nie spotyka się żadnych turystów, mają tam siedzieć sami Grecy, ale ma być dość wolnych stolików dla nas, a ceny powinny być umiarkowane, nie za wysokie, ale też nie za niskie, bo to podejrzane.

Drugi oficer stara się również o zapewnienie lokalnego muzykanta, żeby umilić załodze posiłek. Często organizuje w tym celu casting, żeby z długiej kolejki kandydatów wybrać tego, który nastrojowi załogi, a zwłaszcza kapitana tego wieczoru najbardziej odpowiada.
Iza odpowiada też za stan zapasów na jachcie, pożywienie musi być permanentnie uzupełniane. Wymaga to, na długo jeszcze przed zawinięciem do portu, obserwacji lądu przez lornetkę w celu zlokalizowania marketu obiecującego odpowiedni dla załogi asortyment i jakość towarów. Wysyłany przez Izę czasami już w trakcie cumowania desant na ląd zabezpiecza przyczółek w wybranym mini- lub supermarkecie.

Środki płatnicze, potrzebne do sfinansowania tych rozległych operacji zapewnia Kasa Pokładowa, do prowadzenia której Iza wyznaczyła Jolę. Joli głównym zadaniem jest więc wyznaczanie wysokości następnej ściepy, poprzez prognozę wydatków na następne 24 godziny oraz pilnowanie, żeby zgromadzona gotówka nie wpadła do wody. Jeżeli mimo wszystko wpadnie będzie pływać na powierzchni, bo jest przechowywana w superlekkiej saszetce. Wyłowienie saszetki bosakiem, po odpowiednim treningu „Man over board” nie będzie więc dla załogi żadnym problemem.

33 34
33, 34. Drugi Oficer Ariona to muza, zaopatrzeniowiec i księgowa w jednej osobie

Funkcję trzeciego oficera, mocno techniczną będzie pełnił na Arionie Maciek. Będzie starał się o to, żeby Arion mógł poruszać się po wodzie. Maciek będzie więc musiał codziennie rano sprawdzać, czy nam w nocy nikt żagli nie ukradł i czy nasz silnik, wierny Yanmar, jest w pełnej gotowości bojowej. Równiez obsługa takielunku i kadłuba będzie należała do obowiązków Trzeciego.
Na lądzie trzeci oficer dba o podłączenie do jachtu prądu i wody z lądu, co jest ważne, żeby można było się kąpać, pomywać i ładować komórki. Podłączenie prądu i wody trwa w greckich portach najczęściej bardzo krótko, bo urządzeń, do których można się podłączyć albo nie ma, albo nie działają. Jeżeli jednak są, należy znaleźć numer telefonu, pod który trzeba zadzwonić, aby przyjechał na rowerze, albo na skuterze specjalista i prąd i wodę załączył. Specjalista przyjeżdża, albo nie, a jak podłączy, prąd i woda działają, albo nie.

Trzeci oficer jest trudną pozycją, to on właśnie musi spełniać wszelkie życzenia kapitana, który czujnym wzrokiem kontroluje funcjonowanie wszystkich elementów jachtu.
Jeżeli wichrowej nocy, przy dużej fali zatnie się grot, to on właśnie, trzeci oficer, będzie musiał krzesełkiem bosmańskim na maszt wjechać i usterkę naprawić.

35 36
35, 36. Nasz czujny Trzeci Oficer jest zawsze na posterunku, nawet jak innym wydaje się, że odpoczywa

O ile kapitan i oficerowie będą dbali o to, żeby całej załodze było dobrze, pozostała załoga będzie dbała dokładnie o to samo. Obowiązków będzie dużo, nie tylko w kambuzie i nie tylko jako steward. Prowadzenie jachtu będzie w rękach załogi.
Będą obsługiwali grota i foka, będą cumowali, będą obsługiwać kotwicę, będą jeździć pontonem i oczywiście będą również sterowali Arionem.

37 38
37, 38. Nasza dzielna i kochana załoga: Jola, która organizuje na Arionie imprezy kulturalno-oświatowe,
nie tylko zwykłe popijawy

Oprócz Joli, która tego wszystkiego raczej nie będzie robić, bo ją noga boli, będzie to Krzysiek S., który przyleciał z Polski samolotem z Izą i Krzysiek M., który przyleciał z Polski tym samym samolotem z Marylą i oczywiście Maryla, która... która też przyleciała tym samym samolotem.

39 40
39, 40. Nasza dzielna i kochana załoga: Maryla bez Krzyśka i Maryla z Krzyśkiem

Ale i tak wszyscy przyjechali razem, jako grupa, która się od dawna zna i od dawna różne imprezy razem organizuje. Najchętniej w chatce na Pietraszonce, obiektem kultu turystycznego wśród studentów i byłych studentów. Ci, którzy byli przynajmniej raz na Pietraszonce, marzą, żeby tam kiedyś wrócić, a ci którzy nie, nie marzą, bo Pietraszonki nie znają. Aleprzynajmniej od Hellady 2013 wiedzą dobrze, ile tracą.
Ponieważ mamy sporo Krzyśków na pokładzie, będziemy ich odróżniać kolorami koszulek, będzie więc Krzysiek biały i Krzysiek zielony, czy czerwony, lub niebieski. O odpowiednie kolory będą dbały obydwie żony Krzyśków, dobrowolnie, bez komendy kapitana.

41 42
41, 42. Nasza dzielna i kochana załoga: Krzysiek i Iza i Krzysiek

Po następnych kilku wypadach do Carrefoura w celu ponownego uzupełnienia zapasów oraz nabycia tego wszystkiego, o czym zapomnieliśmy podczas poprzedniej wizyty i po wzruszającym momencie podniesienia polskiej bandery pod lewym sailingiem jesteśmy gotowi do wypłynięcia. Punktualnie o 10:30 podnosimy kotwicę, a raczej rzucamy cumy, dziobową i rufową, bo w marinie Alimos, czyli Kalamaki na kotwicy nie trzeba stać.

43 44
43. Ostatnie zapasy przywiozła nyska, ale potem już był tylko system 'podaj cegłę' 44. Parada burtowa po podniesieniu bandery: załogi sąsiednich jachtów byly zdziwione

Płyniemy na wyspę Kythnos w archipelagu Cykladów, odległą o około 50 mil morskich od mariny Alimos w Atenach.
Żegluga trwa długo i spotykamy się po drodze z różną pogodą, raz leje, raz grzmi, a czasami  świeci nawet słońce. Ale przeważnie jest suchopochmurnie.
Wiatr jest niezły, wieje średnio jakaś piątka i posuwamy się raźno do przodu, baksztagami, przyjaznymi, rozkołysanymi baksztagami, przy których często się wydaje, że prawie stoimy w miejscu, bo mamy wiatr w plecy. Jak powiedziałby nasz czeski przyjaciel, „fuka z zadka”. Ale speed pokazuje siedem węzłów.

Ten baksztagowy wiatr to meltemi, grecki wiatr z północy, czy północnego zachodu, wiejący w tym okresie regularnie. Zamierzamy z niego często korzystać, w drodze na Rodos, który jest naszym celem podróży, ostatnim portem i miejscem, w którym wszyscy będziemy płakać, że przygoda się już kończy.
Ale do płakania pozostaje nam jeszcze mnóstwo czasu, cały rejs, i nie myślimy o nieuniknionym końcu.

45 46
45. Atlantis płynie na Kythnos 46. I Arion płynie na Kythnos

O jedenastej rozszczekuje się VHF-ka, to Achilleas, mają kłopoty z silnikiem. Zaraz po podniesieniu kotwicy, jeszcze w porcie, zdechł i nie daje się uruchomić. Zacumowali ponownie, a Jorgos organizuje odsiecz, chyżych, zdolnych greckich mechaników, którzy wejdą na pokład i ujarzmią niesforną bestię, nawet jeśli po skończeniu roboty parę śrubek im zostanie.

’Dobrze, że w porcie, a nie na pełnym morzu’ wzdycha kapitan ‘Zdawajcie mi na bieżąco relację, co się u was dzieje. Będziemy pomagać przy wejściu do portu, jeśli będziecie musieli płynąć nocą.’
Andrzej, kapitan naszego flagowego Ariona jest jednocześnie komandorem rejsu, komandorem czterech jednostek. Oprócz Ariona, Achilleasa i Antlantisa płynie z nami też Hellenic Sky, z warszawską załogą, pod dowództwem Tomka. Spotkamy się z nimi pierwszy raz na Kythnos.

Jak się później okaże, achilleasowy silnik Volvo-Pentax pozostanie piętą Achillesa Achilleasa, trochę zmęczonego życiem jachtu, który marzy o przejściu na wcześniejszą grecką emeryturę.
Do portu Loutra, położonego zacisznie na północno-wschodnim cyplu wyspy Kythnos docieramy późnym wieczorem.

Mały porcik jest mocno zatłoczony i z trudem udaje się nam wypatrzyć lukę, w którą zmieściłby się nasz Arion. Rzucamy kotwicę na środku portu, w gąszcz obecnych już i splątanych ze sobą kotwic statków, które weszły do portu wcześniej. Wyplątywanie się z tych kotwic każdego ranka stanie się naszym codziennym rytuałem.
Rzucenie kotwicy manewru cumowania jednak nie kończy, lecz dopiero zaczyna. Teraz trzeba wycofywać jacht rufą do keji, tak, żeby łańcucha kotwicznego starczyło, a jednoczęśnie, żeby go nie było za mało, bo wtedy kotwica nie trzyma.
To wszystko ma na celu, żeby i dziób i rufa były do czegoś stałego przymocowane. I to musi się odbyć w tym samym czasie.

Manewr nie udaje się za pierwszym razem, kapitan klnie, hafenmajster wrzeszczy, a łódź wykonuje małe skoki tam i z powrotem, żeby zmieścić się w końcu pomiędzy dużym jachtem motorowym, który zasiedlają Anglicy mówiący po grecku i wycelowanym prosto w nas bukszprytem stojącego przy keji longside innego pojazdu wodnego.

47 48
47*.Port Loutra jest zaciszny, ale bardzo ciasny 48*. Widok od strony wschodniej, tam jest plaża i ciepła rzeka

Powstałą pomiędzy naszą prawą burtą i tym bukszprytem lukę zamierzamy zarezerwować dla Achilleasa, podążającego w pocie czoła naszym tropem. Po udanej naprawie silnika przez chyżych mechaników, która trwała jednak kilka godzin Achilleas musi grzać cały czas pełnym gazem, żeby nadrobić straty.
Ale akurat w tę lukę dla Achilleasa przymierza się teraz inny, obcy jacht. Widzieliśmy go przy wejściu do portu, kiedy zrzucał żagle.
’Czy nie można mu powiedzieć, że miejsce jest dla Achilleasa zarezerwowane?’ pyta Maryla. No, nie można, takie jest prawo morskie, bezstronne, solidarne, sprawiedliwe, „come first, take first.”, zresztą tak samo jest na parkingu samochodowym.

Obca łódka jest wypełniona młodymi ogorzalymi żeglarzami, którzy oświadczają, że są z Austrii. To wiarygodne, Niemcy nie odważają się już tu przyjeżdżać. A poza tym język ich zdradza, tak nie mówi żaden Niemiec, poznają nawet Grecy i wyzwisk oszczędzą. A do Austriaków nikt nic nie ma, mimo, że to oni właśnie pierwszą wojnę światową rozpętali. A drugą też Austriak.
Austriacy przywiązuja się do naszej prawej burty, do lądu nie mogą, bo przecież zawadza sterczący bukszpryt i proszą o pozwolenie przechodzenia na ląd przez nasz pokład. Oczywiście zgadzamy się, w myśl zasady, że na morzu każdy każdemu zawsze pomaga. I tak faktycznie jest, zawsze i wszędzie, w tym naszym światku zeglarskim, tak musi być. Jezeli tak nie będzie, trzeba skończyć z żeglarstwem.

Poza tym za chwilę będziemy w podobnej sytuacji, bedziemy chodzić po prośbie, trzeba będzie znaleźć miejsce dla zmęczonego Achilleasa.
’Znajdźcie ostatnie możliwe miejsce’ rozkazuje kapitan, ‘Albo pierwsze niemożliwe, jest mi to obojętne. Ale Achilleas musi się tu dzisiaj zmieścić. Będą zmęczeni nocną żeglugą i dyskusjami z Grekami.’
Dla pozostalych naszych jachtow miejsca tu zdecydowanie nie ma; kapitan nawiązuje łączność z Tomkiem i Jackiem, mają szukac miejsca po drugiej, zachodniej stronie cypla, w Merichos jest podobno duże kotwicowisko.

49 50
49, 50. Merichos znamy tylko z opowiadań Atlantisa, oprócz kotwicowiska jest też porządna keja dla jachtów

Na keji pojawia sie młody człowiek, który robi wrażenie, jakby był tu za coś odpowiedzialny. Chyba jest bosmanem portu w Loutra, ale o dziwo nie chce żadnych pieniędzy. Oświadcza od razu, że prądu i wody nie ma i patrzy się dziwnie długo na sterczący nad pokładem Austriaków bukszpryt. Ale nie nad bukszprytem ma się zastanawiać, mówię mu, tylko szukać miejsca dla Achilleasa.
Młody bosman załamuje ręce, ale dzielnie bierze się do roboty i idzie z nami szukać.

Na końcu keji, naprzeciwko wąskiego wejścia do portu stoi biały katamaran.
’Tu’ mówi bosman wskazując na jego lewą burtę ‘Do nich możecie waszych przyjaciół przycumować.’ Mieszkający na katamaranie dobrze ubrani i zadbani młodzieńcy wyglądają jakby zeszli dopiero co ze sceny na pokazie mody takiego Diora czy YSL w Paryżu, z którego zresztą pochodzą. Zgadzają się chętnie na przyjęcie Achilleasa i udzielają z góry pozwolenia na przechodzenie przez ich pokład. Młodzieńcom towarzyszą mało zainteresowane żeglarstwem dziewczyny, które nie sprawiają wrażenia, jakby zeszły ze sceny, ale raczej jakby dopiero co wstały z łóżka.

Nocna operacja cumowania odbywa się jak precyzyjny manewr wojskowy, całkowicie w guście Andrzeja, który zawsze marzył o karierze powstańca śląskiego.
Na falochronie przy główkach portu, wysoko na kamieniach stoi Krzysiek M. i macha rytmicznie głową, na której ma umocowaną czołówkę z migoczącym białym światłem, ma za zadanie wykonywanie kolistych ruchów, tak, żeby z pokładu nadchodzącego jachtu wyglądało to jak migoczące koło. Po drugiej stronie, tak gdzie kończy się keja przy wejściu do portu, naprzeciwko białego katamarana stoi Maciek z nieruchomym białym światłem stałym, a na dziobie katamarana ubrany w czarny strój komandosa czeka Andrzej i wyszczekuje barytonowe komendy w odpowiednio wcześniej nastrojone ‘1, 2, 3, tu Brzoza, słyszysz mnie Żaba?’ walkie-talkie.
W drugiej ręce trzyma krótkofalówkę, przez którą będzie się w krytycznych momentach porozumiewał z wachtowym oficerem Achilleasa.

51 52
51*.Na tych kamieniach wymachiwał oświetloną głową Krzysiek 52*.Wejście do portu Loutra oświetla księżyc, jak go nie ma trzeba machać glową

Achilleas może więc wpływać!
Trochę czas nam się dłuży, chyba za wcześnie zaczęliśmy się przygotowywać, więc urozmaicamy sobie czas próbnymi manewrami. Ja biegam tam i z powrotem pomiędzy stanowiskami sprawdzając, czy są gotowi i dlaczego przez walkie-talkie jednak nic nie słychać.

Wreszcie jacht się pojawia, achilleasowa radiotelegrafistka, Monika przekazuje z pokładu, że widzą przed sobą dobrze oświetlony port i nie spodziewają się kłopotów przy wejściu. Nie widzą jednak naszych ustalonych specjalnych znaków, migoczącego koła i białej latarki, więc nie są pewni, czy mogą wchodzić. Kapitan pozwala i wkrótce przywiązujemy Achilleasa do burty francuskego katamarana. Francuscy marynarze patrzą z podziwem na nasze profesjonalne manewry, a zwłaszcza na naszego przywódcę, który do złudzenia przypomina Agenta 007 (model Sean Connery), przebranego do nocnej wspinaczki liną do buduaru aromatycznej blondynki, która po pierwszym pocałunku zamieni się w krwiożerczego agenta KGB.
Załoga Achilleasa robi zmęczone, ale radosne wrażenie. Z pokładu dociera na katamaran apetyczna woń rozlanego diesla.

c.d.n.


Źródła:
Wszystkie zdjęcia bez gwiazdek to nasze własne zdjęcia, ze zbiorów Krzysztofa Gackiewicza, Jacka Simona, Maryli i Krzysztofa Migdał, Izabelli i Krzysztofa Stańczyk oraz Jolanty i Klaudiusza Kobiela.

Zewnętrzne żródła:
29. fotocommunity.de
30. esys.org
47. Aktiv-reisen.de
48. Greeka.com
51. Wikimedia.org
52. Angelfire.com

 
Prawdziwa Przygoda by Marek and Jacek
Design by : Place your Website.